Przyznaję, pisząc o Nergalu mogę być nieobiektywny, zawsze wolałem Vadera. Co prawda w czasach, kiedy słuchałem metalu, tego typu rzeźnia nie była moim ulubionym gatunkiem, ale miło wspominam takie utwory jak Carnal, albo niektóre albumy (Future of the Past chociażby). Co się tyczy pana Darskiego, który dzięki mediom i rozmaitym publicznym krytykom wyrósł na naczelnego satanistę RP, to nigdy nie byłem jego fanem, ani mi jakoś specjalnie nie przeszkadzał. Behemotha nie słuchałem, chyba że przypadkiem, nie licząc legendarnych Lasów Pomorza, pieśni cieszącej się wśród znajomych zasłużonym kultem pierwszorzędnego kabaretowego performensu. Ludzie osłuchani w tego typu rzeźniach mówili mi, że Behemoth jest dobry i na poziomie, nie mam powodów, żeby im nie wierzyć. Tyle, że odmiana muzyki, którą pan Darski tworzy i wykonuje nie należy do moich ulubionych, więcej – wydaje mi się, że nie jest szczególnie ważna dla muzyki w ogóle, ciekawsze zdarzają się w popie, rocku, elektronice, jazzie i metalu (używam tych etykiet umownie, ten podział nie ma wielkiego znaczenia). W ciężkim graniu (z zespołów w miarę młodych i jeszcze żyjących) są przecież Isis, Mastodon, Meshuggah, Norma Jean, Blindead i pewnie jeszcze kilka innych ciekawe grup. Jakkolwiek wydaje mi się, że większym szacunkiem i popularnością w Polsce cieszy się Behemoth (i jemu podobne) - podtrzymuję przy okazji tezę, że polscy fani rocka/metalu mają przeważnie gusta szczere i szlachetne, ale przy tym dość konserwatywne.
Kim jest właściwie ten Nergal? Sięgając do sumeryjskich i babilońskich wierzeń jawi się nam ta postać jako jeden z tych demonicznych skurwysynów, negatywnych, „złych” bóstw zaludniających mitologie chyba wszystkich bez wyjątku kultur. „Rozwścieczony”, „Mocarz” – imię brzmi odpowiednio groźnie, ale Nergal, będący władcą piekieł prawdopodobnie był pierwotnie dobrotliwym bóstwem solarnym. Natomiast w swoim demonicznym, destrukcyjnym wcieleniu zajmował się przede wszystkim rozsiewaniem zarazy i chorób. Gdyby Doda, będąc w związku z Nergalem zechciała zadbać o symboliczną kompatybilność ze swoim chłopakiem zmieniłaby pseudonim sceniczny na Ereszkigal (albo Laz). Partnerka Nergala była „Panią Piekieł”, noszoną na tronie przez demony. Ukrywała źródło życia, którego woda mogłaby ożywić umarłych, także w porównaniu ze swoją sympatyczną, puszczalską siostrą Isztar – była postacią groźną i dla ludzi nieżyczliwą.
Wróćmy do pana Darskiego - przed laty Nergal był znany jedynie w swoim stylistycznym getcie (nie tylko polskim), od czasu do czasu Wprost, Polityka, czy jakiś inny Niusłik rąbnął artykuł o krajowej muzyce, wspominając przy tym, że polskie metalowe kapele grają z powodzeniem w Wielkim Świecie i cieszą się tam sporą popularnością. Ale z takich wzmianek nie bierze się przecież popularność wśród tzw. ludu – ta bierze się z internetu, tabloidów, a nade wszystko z telewizji. A w jaki sposób trafił tam lider Behemotha? Prosta odpowiedź: z powodu swojej popularnej i znanej (byłej) kobiety – ujmując to metaforycznie: Pan Nergal wjechał do polskiego świata szołbiznesu na grzbiecie Pani Dody. Jeżeli dla niego był to wjazd tryumfalny (co w niusłikowym wywiadzie sugeruje jego znakomite samopoczucie) – niech mu będzie. Dla mnie wiąże się to z nieco zabawną obserwacją - oto nagle, moi znajomi z okolic wiejskich, nie mający z metalem nic wspólnego zaczęli o Nergalu rozprawiać, ta postać zaistniała w ich świadomości, więcej – nawet mnie o niego pytali, pamiętając, że kiedyś miałem długie włosy i chodziłem w koszulce Opeth (to nie była moja jedyna koszulka, poza tym przysięgam, że zawsze chodziłem w wypranych). Pewna sympatyczna młoda dama z Prowincji, z którą miałem przyjemność rozmawiać wspominała o Dodzie i jej facecie, wyrażając przy tym pewne zniesmaczenie, zdziwienie i takie niewielkie przerażenie, związane z imidżem scenicznym Nergala (widziała to w necie, w jakimś teledysku). Możliwe, że podobną mieszanką przestraszenia i zniesmaczenie reagowały kiedyś wiejskie dzieci na opowieści o diabłach, strzygach i innych bohaterach ludowej demonologii. To zresztą skłoniło mnie do wniosku, że o ile rzeczywiście Nergal trafi pod strzechy, to raczej jako kolejne wcielenie diabła z chłopskiej mitologii, niż w charakterze jakiegoś Antychrysta, za którego przesłaniem masy pójdą tysiącami. Chciałem uspokoić tych katolików, którzy boją się wpływu Nergala na lud w telewizor patrzący – nie lękajcie się, w parafiach, w których ogląda się ten telewizyjny szoł (niestety nazwy nie pamiętam) nie dojdzie jakieś zbiorowych apostazji, nie ma obawy. Uspakajam z sympatii, bo bardziej was (zaniepokojonych dewotów) lubię, niż skretyniałych antyklerykałów i pseudo-mistycznych ćwierć-okultystów (ale za to gówniarzy stuprocentowych).
Mała dygresja, dotycząca telewizji publicznej. Wiele osób podnosi słuszny argument, że na telewizję płacimy wszyscy (chociaż kto tam abonament płaci?), m.in. ci, którzy nie życzyliby sobie obecności w niej pana Darskiego. Cóż – TVP ma to do siebie, że niezależnie od naszych poglądów musieliśmy znosić w niej obecność nie takich indywiduów jak Nergal i pewnie jeszcze nieraz będziemy musieli. Może to zatem do dobra okazja, żeby przypomnieć, że bezstronność, obiektywizm, czy neutralność medium, którego szefowie, pośrednio, lub bezpośrednio pochodzą z politycznych nominacji, to mit i bajka – „publiczna” telewizja zawsze będzie reprezentować interesy, poglądy i kaprysy tych, którzy sprawują nad nią polityczną kontrolę. A sprywatyzować to w cholerę i skończyć z tą fikcją – co najwyżej można zostawić jeden program (z małym budżetem i ograniczeniami, sprawiającym, że byłoby to medium raczej niszowe), w charakterze oficjalnego kanału rządowego i tyle.
Nergal ma w kontrakcie z TVP zapisane, że może wypowiadać się tylko na temat „kwestii muzycznych”, także nie ma obaw – nie sądzę, żeby nasz bohater zarobił kiedykolwiek taką forsę, jaką dostaje z telewizji – na pewno będzie o tym pamiętał. Natomiast widocznym efektem tych, łagodnych zresztą krucjat (gdzie byli rycerze od księdza Natanka, pytam się – gdzie byli?) jest popularność Nergala i zwiększenie jego obecności w mediach. A diabelskiego wątku nie było chyba jeszcze za dużo w telewizji, czy prasie – to zawsze jest jakiś temat do wyeksploatowania przez dziennikarzy – mamy byłego Dody, który kochał, chorował, wyleczył się, rozstał, a w dodatku jest uważany za oficjalnego przedstawiciela Rogatego na terytorium Polski – aż się prosi, żeby zapodawać na okładki. Sam Jarosław Kaczyński jakoś się do sprawy odniósł, co dla pana Darskiego na pewno jest wyróżnieniem, bo Kaczora można nie lubić, ale to jednak znacząca i ważna postać. Z drugiej strony barykady głos zabrał sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta, Sławomir Nowak, który nazwał Nergala „ziomalem”, co chyba nie jest szczególnie nobilitujące, towarzystwo pana Nowaka raczej nie należy do szczególnie interesujących. Lider Behemotha, nie da się zaprzeczyć – jest inteligentny – potrafi ten swój wizerunek rozgrywać – fanom sprzeda jeden przekaz, co innego powie prasie muzycznej, a jeszcze innym językiem będzie odpowiadał dziennikarzom Niusłika. Fajnie i zręcznie w tym ostatnim wywiadzie nas, czytelników kokietuje - te cytaty z tekstów kultury – większość tzw. „inteligentów” sięgających po tygodniki opinii nie bardzo wie o co chodzi, oprócz tego, że nazwy jakoś kojarzy, więc może to zrobić wrażenie. Ale jeżeli chodzi o jego poglądy – niewiele wyjaśnia. Nie wiadomo do końca, o co chodzi z tym jego satanizmem. Czy on wierzy w realne istnienie Rogatego i che grać w jego drużynie, czy to raczej taki satanizm „ateistyczny”, gdzie te wszystkie wątki diabelskie są raczej symbolicznej figurą postawy zbuntowanej, antyreligijnej, figurą używaną do napieprzania w chrześcijaństwo, czy inne konfesje, kto tam wie? Może inne wypowiedzi Nergala wyjaśniają kwestię, ale ja ich nie znam, przepraszam. W pierwszym wypadku – interwencja jakiś zakonów rycerskich (przecież istnieją jeszcze takie) jak najbardziej jest wskazana, do czegoś w końcu by się przydały, w drugim – myślę, że należałoby pana Darskiego zignorować, bo raczej nie ma nic nowatorskiego, ciekawego do powiedzenia w tym temacie, a krąg jego oddziaływania jest dość wąski. Ale w jednym zgoda - o ile Nergal jest niebezpieczny to tylko przez to, że tak naprawdę nie wiadomo jakie są jego poglądy i o co mu właściwie chodzi. Cóż, nie tacy jak on zaludniają „pudelki”, na tle Cichopków, Mroczków, wszelkich nędznych tancerzy, puszczalskich bab i ich narzeczonych, drugoligowych biznesmenów, a także rozmaitych debili, ćpunów i pajaców drobniejszego płazu Nergal robi dobre wrażenie i na pewno jest od większości tej hałastry inteligentniejszy. Ale są w różnych popkulturowych gettach ciekawsze i bardziej wartościowe osobistości – Nergal, ciesząc się nieproporcjonalnym do zasług zainteresowaniem wydaje się być kimś bardzo ważnym – a to źle.
Ci do sprofanowania Biblii – to nie jest sprawa dla sądu. Gdyby na świecie było normalnie, w miarę normalnie – choćby tak jak jeszcze sto lat temu, znalazłby się jakiś urażony i obrażony chrześcijanin i wyzwałby Nergala na pojedynek (o ile ten posiada zdolność honorową), a pan Darski miałby okazję udowodnić, czy rzeczywiście jest odważnym facetem, gotowym swoich „artystycznych” racji bronić z narażeniem zdrowia i życia, czy może po prostu zwykłym tchórzem, korzystającym z bezkarności, którą nasza współczesna obyczajowość i kultura zapewnia niemal każdemu wyczyniającemu publicznie jakieś świństwa.
Zresztą nie taki diabeł straszny… Chociaż, o ile Szatan istnieje, to musi skakać z radości, czytając takie teksty, jak mój, czy inne, które odnoszą się do problemu z dystansem, albo w sposób nieco prześmiewczy – taka postawa działa oczywiście na jego korzyść, łatwiej intrygować i manipulować komuś, w kogo istnienie osoby poddane manipulacji nie dowierzają. A wracając do Nergala – naprawdę nie ma czego się bać. W starożytnej Mezopotamii istniał prosty sposób walki z opętaniem przez tego demona - wystarczyło upiec specjalne ciastko (z różnych rodzajów mąki oraz marchwi), następnie położyć je na głowie osoby poddanej egzorcyzmowi, jeszcze tylko wypowiadamy odpowiednie formuły – i po Nergalu – demon wychodzi z głowy chorego, wstępuje w ciastko. Jeżeli ten sposób wydaje się niedostateczny, albo kogoś razi jego pogańskie pochodzenie można spróbować zastosować metodę, którą proponuje Waleriusz Polydor z Padwy w dziele Dispersio Daemonum. Ten uczony zakonnik radzi jak walczyć z szaleństwem wywołanym diabelskimi sztuczkami, dlatego polecam tę receptę rodzicom młodocianych fanów Behemotha i innych tego typu kapel, chociaż kto wie – może i w przypadku samego Nergala byłoby to skuteczne. Metoda jest dziecinnie prosta: do zestawu egzorcyzmów i błogosławieństw odprawianych nad opętanym należy dołączyć pięć lewatyw, wykonywanych w ciągu kolejnych pięciu dni. Co prawda nie znam żadnego opisu zastosowania tego sposobu, ale polecić można. To jak – Panie Sekretarzu – namówi Pan swojego ziomala na zaaplikowanie takiej kuracji?
skomentuj (2)
O nierządne królestwo i zginienia bliskie,
Gdzie ani prawa ważą, ani sprawiedliwość
Ma miejsca, ale wszytko złotem kupić trzeba!
Jeden to marnotrawca umiał spraktykować,
Że jego wszeteczeństwa i łotrowskiej sprawy
Od małych aż do wielkich wszyscy jawnie bronią,
Nizacz prawdy nie mając ani końca patrząc,
Do którego rzeczy przyjść za ich radą muszą.
/Jan Kochanowski – Odprawa posłów greckich/
Minął ponad miesiąc od ostatniego wpisu. Przyjmijmy, że autor zrobił sobie wakacje od bloga, taki urlop, który pewnie jeszcze trochę by potrwał, ale nie wypada tak zostawiać niedokończonego tekstu – opublikowało się część pierwszą, powinna zatem pojawić się i druga.
Żeby usprawiedliwić „antypolityczną” postawę, scharakteryzowaną w poprzedniej notce odwołam się do historii najnowszej (ostatnie dwie dekady RP). Większość zainteresowanych zapewne uważa, że przez ostatnie dwadzieścia lat działa się dużo, a w zależności od własnych politycznych sympatii będzie chwalić innego premiera: Olszewskiego, Tuska, Pawlaka, Millera, Kaczora, Suchocką, Belkę, albo Bieleckiego, a może nawet i Buzka, sądząc, że między poszczególnymi rządami różnice były naprawdę ogromne. Ale kiedy przyglądam się tym rządom, patrząc na nie z własnego punktu widzenia (powiedzmy konserwatywno-liberalnego) i zadaję sobie proste pytanie: „czy one były dobre?”, to odpowiedź brzmi: „nie, nie były i tak naprawdę niewiele się różniły”. Dość łatwo to zauważyć, tylko trzeba się wykazać odrobiną odwagi. Nie lękajcie się – chciałoby się powiedzieć – przekonanie się, że Buzek, Miller, Kaczyński, czy Tusk są do siebie bardzo podobni nie jest jeszcze powodem do jakiś wielkich zwątpień i światopoglądowych załamek.
Ktoś powie: „co za bzdura, poszczególne koalicje, rządy realizowały różne programy, które zmieniały ten kraj – na lepsze, gorsze, ale zmieniały”. Tylko pozornie, tak naprawdę żaden z byłych rządów (włącznie z obecną wesołą bandą nieudaczników) nie zrealizował nic spójnego, konsekwentnego i przemyślanego. Raz było bardziej pobożnie, raz trochę bardziej antyklerykalnie, jakiś kroczek w stronę liberalizmu, a zaraz po nim trochę zamordyzmu, tu obniżyli jakiś podatek o jeden procent, a gdzie indziej dowalili jakąś kolejną daninę. Zlikwidowało się jakiś urząd, powołało dwa kolejne. Skasowano jakąś funkcję urzędasom, to znowu przyznano im kolejne uprawnienia w innych dziedzinach. Wszystko odbywało się w duchu owej słynnej reformy prawa budowlanego – zmieniały się nazwy procedur i wzory urzędowych kwitów. Te wszystkie reformy, zmiany legislacyjne, ogłaszane jako „istotne” (oprócz dostosowania prawa do wymagań naszych zwierzchników z UE, a także legislacji powiedzmy społeczno-kulturowej, którą zajmę się w podsumowaniu) polegały zazwyczaj na tym, że forma się zmieniała, a nie treść. Mnie to nie podnieca, nie daje się uwieść tym wszystkim „pakietom”, „reformom”, „przekształceniom”, które oznaczają zazwyczaj pewne przesunięcia w ramach struktury (bardzo ważne słowo) Rządowego Molocha. Racjonalizacja współczesnego, biurokratycznego państwa oznacza zazwyczaj zmianę mechanizmów złych na trochę gorsze, albo odrobinę lepsze, ale nie usuwa problemu, bo problemem zazwyczaj jest istnienie samego mechanizmu. Mały przykład z dziedziny edukacji: Gombrowicz na liście lektur, religia w szkole – mało było sporów równie bezsensownych i jałowych, kiedy prawdziwym problemem jest istnienie państwowego, obowiązkowego szkolnictwa i jednolitych programów nauczania. Normalnie byłoby wtedy, gdyby w jednych szkołach modlono się po chrześcijańsku na każdej przerwie, a w innych nauczyciele chodzili we frygijskich czapkach i oddawali wraz z uczniami cześć „Rozumowi”, w jednych uczono się na pamięć Dobraczyńskiego, a w innych Manueli Gretkowskiej. Ale w takiej sytuacji 95% zatrudnionych w ministerstwie urzędników należałoby rozgonić w cholerę (na przykład pracowników Wydziału Specjalnych Potrzeb Edukacyjnych Departamentu Zwiększania Szans Edukacyjnych).
Spójrzmy na to, co działo się w Polsce w ostatnich dwudziestu latach: oprócz tego, że państwo się zadłużało, a urzędników przybywało trudno dopatrzeć się jakieś stałej tendencji w czymkolwiek. Wahadło wychylało się raz w jedną, raz w drugą stronę - sytuacja ekonomiczna kształtowała się zgodnie z tym mechanizmem – jak były złe koniunktury to pewne grupy odczuwały to boleśnie, ale masowego umierania z głodu nie było. Z kolei, kiedy owe koniunktury były trochę lepsze, a rządy za bardzo nie przeszkadzały (na przykład przed 2008) to wielu rodaków mogło jechać na urlop do jeszcze-cieplejszych krajów, kupić lepsze mięso na łikendowe kotlety, albo lepszy telewizor. To była taka prosperity na naszą miarę, chociaż niektórzy niestety nie zrozumieli, że nasz „dobrobycik” nie jest oparty na jakiś trwałych, mocnych podstawach, no i pozadłużali się wówczas szalenie w walutach krajowych i obcych. Wracając do kwestii naszych były i obecnych władców - te rządy były zawsze niekonsekwentne (wszystkie, chociaż rząd PiS-u potrafił efektownie konsekwencję pozorować) – gdyby prześledzić ich legislacyjne dokonania, to odkryjemy, że w czasie jednej i tej samej kadencji realizowano zarówno pomysły liberalne (niewiele), jak i powiedzmy „socjalne” (niestety za często), konserwatywne i postępowe.
Wszystkie działania tych rządów – trochę dobre, trochę złe – utrzymywały w Polsce swego rodzaju równowagę. Co prawda oznaczało to życie w takim „państwie na niby”, ale ta nijakość, słabość, bezpłciowość, kunktatorstwo i doraźność naszych dotychczasowych władców miały jedną, ogromną zaletę – owe właściwości przyczyniały się do zachowania status quo. Cóż, mam świadomość, że źle to zabrzmi, ktoś tam może i się oburzy – ale skoro nie ma szans na zdecydowane, odważne zmiany we właściwym kierunku – to już niech zostanie to, co jest – takie dreptanie w miejscu, która to strategia najlepiej charakteryzuje politykę wewnętrzną wszystkich dotychczasowych ekip. A więc krok do przodu, krok do tyłu – a my dalej stoimy w miejscu. W błocie. Tyle, że mnie było z tym, o tyle dobrze, ze stanie w błocie bywa jednak lepsze niż skok do przepaści. Zawsze zostaje jakaś nadzieja, że w odpowiednich okolicznościach, że trzeba czekać… Uspokajałem się myślą, ze może jakieś zagraniczne katastrofy (w typie wielkich kryzysów) tak nas na dno pociągną, ze już nie da się tak rządzić, jak do tej pory. A wtedy te wszystkie pół-środki, drobiazgi i pdeudoreformy już nie wystarczą. Więc można było się spodziewać, że władcy w sytuacji kryzysowej wybiorą akurat rozwiązania, które są dobre i zrobią w tym kraju prawdziwy liberalizm. Widzicie – nie byłem wcale pesymistą – po prostu czekałem wypadków…
Czekałem długo i cierpliwie, ale kiedy ten rząd i parlament przyjęli, a prezydent podpisał (bez szemrania) ostatnie zmiany w legendarnej ustawie o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu… Coś we mnie pękło wtedy. Nie, to nie była osobista klęska nikotynisty, któremu państwo utrudnia życie, jak może, chociaż to samo państwo wcale nie brzydzi się wyciągać z kieszeni palaczy 9 miliardów złotych rocznie. Wstrętny tytoń i źli palacze, ale za to forsa, którą można im zabrać całkiem niezła. Państwo nie wzgardzi takim łupem, pobierając stosowną prowizję (na utrzymanie ich dzieci, żon i matek, jak śpiewał artysta Kazik), da jego cząstkę innym obywatelom, na przykład jakimś organizacjom, różnym zafajdanym endżiosom, które zajmują się urządzaniem „antynikotynowych” kampanii, w których publicznie obszczekuje się i obraża palaczy. Zresztą ciekawą drogę przebywa podatnicza forsa – oczywiście większość jej bywa marnowana i przeznaczana na obsługę różnych biurw i urzędasów, którzy zawiadują całym procesem, ale jakieś ochłapy jednak trafiają do „miejsc przeznaczenia” – więc, chcąc nie chcąc zrzucamy się na różne „programy społeczne” (zazwyczaj propagandowo-agitacyjne kampanie), realizowane przez instytucje państwowe, albo endżiosy, czerpiące z budżetu via fundusze, w typie FIO. Ale ja nie o tym chciałem pisać – wróćmy do wspomnianej ustawy. Oczywiście, wcale nie uważam, że należy palić wszędzie – powinny być jakieś rozsądne ograniczenia. Ale zakaz palenia fajek w knajpach? Jeszcze kilka lat temu, kiedy ktoś ze znajomych wspominał o tego typu rozwiązaniu w rozmowie (bo już wtedy jakieś europejskie państwa takie coś wprowadziły) było to powodem do śmiechu i szyderstwa (młodzież używa obrzydliwie brzmiącego słowa „beka”). Nikt nie traktował tego poważnie, nikt nie spodziewał się, że i my aż tak zgłupiejemy. Nie wypadało w towarzystwie mówić o tego typu zakazach inaczej, jak z lekceważeniem, pogardą dla głupoty ustawodawców i poczuciem wyższości („a u nas czegoś takiego nie ma”). Nawet niektóre osoby niepalące, które po cichu życzyły sobie takich uregulowań, nie miały odwagi, żeby wprost i otwarcie nawoływać do tego typu zamordyzmu. A teraz to sobie mogę powspominać, jak mnie śmieszyło to uregulowanie (żeby właściciel, we własnej knajpie nie mógł decydować, czy można w niej palić, czy nie, żeby to państwo za niego…). Najgorsze, że kiedy weszło to w życie, to zostało przyjęte bez jakiegoś większego protestu na zasadzie: „tak robią w Europie i Ameryce, więc tak trzeba, taka dziejowa konieczność”. Obywatele przyjęli to jak potulne bydlątka w zagrodzie, spora część zapewne pomyślała: „a co tam, ja nie palę, ani nie jestem właścicielem knajpy, komu innemu państwo dopierdala, więc mnie to mało obchodzi”, nie zdając sobie sprawy, że jeżeli godzą się z tego typu ingerencjami państwa, to prędzej czy później, działające zgodnie z taką filozofią państwo im też „dopierdoli”.
Niestety, obywatele zazwyczaj nie potrafią, patrząc na pewne zjawiska zobaczyć ich w szerszym kontekście, ani wyobrazić sobie skutków jakiegoś rozwiązania w dłuższej perspektywie czasowej. Pojmują tylko to, co w jakiś sposób bezpośrednio ich dotyczy (np. każdy rozumie, odczuwa podwyżkę VAT-u), albo coś, z czym można się emocjonalnie identyfikować (kiedy surowy Tusk chce kastrować złowrogich pedofilów, albo Zbigniew Robespierre – Ziobro grozi perfidnym przestępcom i łapownikom). Ilu jest takich wyborców? Połowa uprawnionych do głosowania? Nie, zapewne więcej. Pozwalam sobie przypuszczać, że nie mniej niż 2/3. Proszę mnie dobrze zrozumieć – w tej grupie na pewno są dobrzy, z różnych powodów wartościowi ludzie, ale dla ich własnego dobra, oraz dobra współobywateli należałoby pozbawić ich prawa głosu. Ale na to się nie zanosi – więc rozumiesz już, szanowny czytelniku, dlaczego autor bloga polityki ma dość, a śledzenie krajowych niusów jest dla niego czynnością niemal fizycznie bolesną.
Te antynikotynowe przepisy to tylko fragment większej całości, złożonej z dziesiątków drobnych idiotyzmów. W tym zestawie mamy odbieranie dzieci rodzicom bez konieczności zgody sądu i zakaz „klapsa”, parytety, słynną sprawę dopalaczy, próby kontroli internetowych publikacji, w końcu przedwyborcze umizgi do sodomitów za pomocą kretyńskiego projektu ustawy o tzw. „związkach partnerskich”. Czyli jednym słowem – próby kopiowania, właściwie przenoszenia żywcem na nasz grunt różnych prawnych rozwiązań z Zachodu (w kwestiach kulturowych i społecznych). „Okcydentalna modernizacja” – powiedziałby Cezary Michalski. A ja, za każdym razem kiedy rząd z parlamentem zajmują się tego typu bzdurami, myślę sobie: „aha, znowu się zabierają do cywilizowania Aborygenów”. Prawdopodobnie nie robią tego z jakiegoś głębszych, ideowych przekonań (rząd PO wydaje się zresztą żadnych przekonań nie posiadać, to „pragmatycy”, tak jak pierwszy sekretarz Edward Gierek i jego ekipa). Robią to zapewne z głupoty, z bezmyślności, tego typu doraźnie uchwalane drobiażdżki niewiele kosztują (teoretycznie), ale za to można pozorować jakieś działania. Moi ziomale-liberałowie czasami o tym zapominają, ale w dalszej perspektywie owe drobiażdżki są ważniejsze niż jeden procent więcej, albo mniej odpowiedniego podatku, albo ile pieniędzy obywateli przejadają urzędasy, a marnuje budżet. Ostatecznie można jakiś czas przeżyć z telewizorem gorszej jakości, można próbować jakąś godność zachować, nawet kiedy spożywa się gorsze pokarmy, pije tańsze alkohole, kiedy brakuje forsy na rozrywki i przyjemności, za to dalsze psucie kultury i społeczeństwa skończy się tak, jak musi się skończyć. Jeszcze trochę takich drobnych głupotek i idiotyzmów przeniesionych z „Europy”, to właściwie nie będzie już z tej naszej nieszczęsnej kultury co zbierać – a wbrew naiwnym przekonaniom pana Żakowskiego – od „małżeństw” pederastów dziury w drogach się nie załatają, ani autostrady nie wybudują.
Wyznawanie poglądów, które nie cieszą się sympatią tzw. elektoratu, a co za tym idzie głosowanie na partyjki, które pałętają się gdzieś poniżej wszelkich wyborczych progów (tak, że nawet z budżetu nie dostają forsy) nie jest ani łatwe, ani szczególnie przyjemne. O ile ktoś tego typu poglądy traktuje poważnie, raczej nie zazna psychicznego komforciku w tym kraju, w tych czasach. Zawsze coś będzie mu psuło nastrój i jak nadwrażliwy inteligent po jakieś lekturze istotnej – nie zazna szczęścia na tym świecie. Albo będzie się z nim działo, to co z powieściową Emmą Bovary, która nie mogąc spełnić wszystkich swoich oczekiwań i obudzonych pragnień, nie potrafiła zadowolić się żadnym substytutem.
Co ma zrobić zwolennik mało popularnych poglądów, kiedy wyrośnie już z okresu niewinności i młodzieńczej naiwności, która lubi podpowiadać, że to co dobre, słuszne, prawdziwe musi przecież zwyciężyć, bo jak inaczej. Tylko co robić, kiedy okazuje się, że jest zupełnie na odwrót? Różne są strategie reagowania na tego typu wstrząs. Osobniki o temperamencie „działacza” oczywiście nie zniechęcą się łatwo – będą dalej robić swoje, choćby i do usranej śmierci – zajmować się „pracą u podstaw”, rozklejać plakaty, przekonywać, organizować, rozkręcać różne inicjatywy w sieci i w realu. I to wcale im w życiu nie będzie przeszkadzać, bo w większości przypadków aktywiści są ludźmi zaradnymi – powołanie z tzw. obowiązkami codzienności zawsze pogodzą, mają tę cudowną, a dla mnie niepojętą zupełnie umiejętność gospodarowania czasem i energią. Poza tym obdarzeni są zdrowym instynktem, który wskazuje, co Bogu oddać, a co cesarzowi, obłąkanymi prorokami w łachmanach raczej nie zostaną.
Niektórzy z opisywanych powyżej „działaczy” mają nastawienie bardziej konformistyczne od pozostałych braci w swojej ideologicznej wierze, ewentualnie posiadają nieposkromioną ambicję, która domaga się spełnienia. Ludzie z takim podejściem nie będą siedzieć w nieskończoność w getcie swoich politycznych sympatii. Działalność dla „idei” w małych partyjkach bywa czasami jakąś szkołą „polityczności”, wcale niezłą, bo wymagającą. Ci którzy przez nią przeszli zbiorą owoce swojego doświadczenia, zdyskontują to czego się nauczyli i co dało się w cefałki wpisać. Przejdą do jakieś głównonurtowej partii i tam będą szukać szczęścia, albo ze zrozumieniem dziejowej konieczności włączą się w jakąś działalność, która kłóciła się wcześniej z ich przekonaniami – przecież posad, stołeczków, unijnych i krajowych nie brakuje – jest się gdzie „realizować”.
A jeżeli ktoś nie urodził się „aktywistą – działaczem”, nie bierze udziału, nie bywa, nie zrzesza się? A jedynie jest zainteresowany, obserwuje, próbuje rozumieć, przejmuje się i najwyżej napisze na bloga jakiś tekst dla kilku czytelników. I co ma zrobić ktoś taki - kto wie, że ważna rzecz ta polityka i bierze te wszystkie kwestie na serio, tyle, że nie spodziewa się już dobrych (ze swojego punktu widzenia) rozstrzygnięć. Wiary może nie stracił, ale nadziei mu zostało niewiele. Co ma zrobić? Przecież żyć jakoś trzeba. Więc zostaje takiemu nieszczęśnikowi jakiś rodzaj wewnętrznej emigracji, zniechęcenie, zniesmaczenie, a w końcu swego rodzaju znieczulenie, zobojętnienie. Mało to konstruktywne, ale dobrze radzę wszystkim zawiedzionym i sfrustrowanym (także osobom wyznającym „niemiłe” dla mnie ideologie, ale równie niepopularne) – znajdźcie sobie jakąś niszę, bezpieczny punkt obserwacyjny, jakieś ciepłe gniazdko, z którego będzie można się przyglądać klęsce takiego rządzenia, takiego „systemu” jaki mamy w Polsce, czy w krajach Zachodu. Trochę cierpliwości, zapewniam, że będzie co oglądać. Oczywiście – najzabawniejsze, najbardziej widowiskowe formy przejawiają się w upadku społeczno-kulturowym. Chociaż lepiej nie przesadzać z tym obserwowaniem, czasami wyłażą jakieś resztki wrażliwości – więc zamiast śledzenia tej przygnębiającej, niusowej „bieżączki politycznej” lepiej iść do Narodowego i obejrzeć trochę obrazów, bo nic lepszego na tej ziemi (tak – tej ziemi) już się nie przydarzy.
Nigdy nie przypuszczałem, ze mógłbym tak pisać – bo taki nihilizm, defetyzm, wszystkowdupizm… Więcej – zawsze, kiedy mi ktoś mówił, że polityką się nie interesuje, ma ją gdzieś, nie zna się – to robiło to na mnie jak najgorsze wrażenie. Było dla mnie oznaką infantylnego charakteru, gówniarstwa, ignorancji, umysłowego lenistwa, czy po prostu zwyczajnego zbydlęcenia, które objawia się tym, że człowiek interesuje się i przejmuje tylko tym, co go bezpośrednio dotyka i odnosi się do zaspokajania podstawowych, biologicznych potrzeb (żarcie, picie, spanie w cieple, ruja i fornikacja, itp.). To nie do końca tak, że przeszedłem do owej, niegdyś krytykowanej przeze mnie grupy – ja w tym tekście trochę przesadzam, przyznaję się do tego – ale po prostu zacząłem trochę lepiej takich ludzi rozumieć.
Czasami polityka przegrywa i ustępuje przed kwestiami naprawdę istotnymi. A to mało razy się zdarzyło – mnie, albo komukolwiek z was poznać kogoś atrakcyjnego (po różnymi względami) nie tylko przeciwnej płci, ale i przeciwnych poglądów. Przyznaję się, że jakiś wewnętrzny konserwatyzm zawsze podpowiadał mi, żeby nie przejmować się politycznymi poglądami interesującej dziewczyny, albo mówił mi co innego: należy wybaczać kobietom ignorancję w tych kwestiach. Feministki zapewne by mnie zadusiły (wydrapały oczy?) za tego typu „paternalistyczną” postawę, ale przecież to nie dla patriarchalnej wyższości, tu chodzi o coś szlachetniejszego. No bo przecież tolerancja, pokój, w końcu miłość – czy właśnie to nie jest tu na rzeczy? Dlatego, kiedy zdarzyło mi się, że poznałem pewną interesującą dziewczynę, jej wręcz obrzydliwe poglądy i ideologiczne zapatrywania, którymi byłem zniesmaczony jakoś nie miały znaczenia, przestawały się liczyć w konfrontacji z jej ładnymi, dużymi ustami (nie każde duże usta są estetyczne, jej były po prostu potworne), ciemnymi oczami, ciekawym kulturalnym menu (miała dość wyrafinowany gust czytelniczy, dla przykładu), a jedyną polityką, o której mógłbym z nią rozmawiać, była polityka miłości.
Na koniec propozycja poetycko – muzyczna: „…ska” Marcina Świetlickiego. Uwielbiam debiut Świetlików, są tam naprawdę znakomite utwory (Świerszcze), ale „…ska” muzycznie jest raczej nijaki. Ale sam wiersz – ciekawy. Chociaż na pewno wiąże się z tematem mojego dzisiejszego „kazania” nie ido końca go rozumiem, a być może nie ma w nim nic trudnego do zrozumienia. Ale nie jestem pewny – kim jest owa „dziwka”, może ktoś wie i zaproponuje jakąś interpretację?
Dlaczego twój niepokój tak obraca się wokół wyrazów:
niepodległość - wolność - równość - braterstwo - Polska
od morza do morza - bezrobocie - podatki - Gazeta Wyborcza?
Czy nie wiedziałeś, że są to małe wyrazy?
Czy nie wiedziałeś, że są to wyrazy najmniejsze?
Dlaczego właśnie o nie zahacza twój język?
Czy nie wiedziałeś, że tym wszystkim rządzi ta szczupła dziwka,
ta którą kochasz a raczej masz na nią ochotę?
która wybiera sobie tego, którego akurat ty nienawidzisz?
Który znęca się nad nią i wbija w nią gwoździe?
Przez nią siedzisz w więzieniu! Przez nią jesteś głodny!
Przez nią!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
skomentuj (0)